O mnie

Pawłów, Śwętokrzyskie, Poland
Mam na imię Iza. Od lat interesuje się religią. Lubię śpiewać głównie piosenki o charakterze religijnym. Pisze też wiersze o tematyce religijnej. Uczęszczałam na spotkania katolickiego ruchu Światło-Życie. Zapraszam Cię na mojego drugiego bloga "Moją drogą jest wiara", który jest kontynuacją tutejszego oraz na trzeci pt. " Wierzyć bardziej". Powstał również czwarty, który poświęciłam tematyce życia i rodziny- chwiladlaludzkiegozycia.blogspot.com

sobota, 2 listopada 2024

Wszystkich świętych


1 listopada Kościół katolicki obchodzi uroczystość Wszystkich Świętych. Dzień ten kojarzy się dla wielu ze zniczem, z grobem bliskich osób, z cmentarzem, dla innych z wiązanką kwiatów, jeszcze dla innych z modlitwą i pamięcią o tych, którzy wyprzedzili nas w drodze do wieczności. Nie mniej jednak w tym dniu udajemy się z całymi rodzinami na cmentarz i nawiedzamy groby naszych bliskich, przyjaciół, rodziców, krewnych, znajomych, stawiając kwiaty, zapalając ten "płomyk nadziei", wierząc, że już cieszą się oni chwałą w domu Ojca Niebieskiego. Kościół w tym dniu oddaje cześć tym wszystkim, którzy już weszli do chwały niebieskiej, a wiernym pielgrzymującym jeszcze na ziemi wskazuje drogę, która ma zaprowadzić ich do świętości. Przypomina nam również prawdę o naszej wspólnocie ze Świętymi, którzy otaczają nas opieką.

Kształtowanie się uroczystości

W początkach chrześcijaństwa, w obawie przed bałwochwalstwem, nie oddawano czci nikomu ze stworzeń, ani ludziom, ani aniołom. Oddawano cześć jedynie Bogu w Trójcy Świętej Jedynemu. W Nowym Testamencie zauważamy pochwałę jaką sam Pan Jezus daje św. Janowi Chrzcicielowi, cześć z jaką wyraża się św. Paweł w listach do Rzymian i Hebrajczyków o Abrahamie i Melchizedeku.

Najpierw przedmiotem kultu stała się Najświętsza Maryja Panna, jako Matka Syna Bożego. Zaczęto wznosić kościoły ku Jej czci, Kościół zaczął ustanawiać święta i układał modlitwy oraz pieśni o Matce Bożej. W tym samym czasie zauważamy też kult św. Michała Archanioła. Krwawe prześladowania Kościoła w I w. rozbudziły także kult męczenników. Dzień ich zgonu uważano za dzień ich narodzin dla nieba. Dlatego już od V w. kult prywatny przerodził się w urzędowy, powszechny. 13 maja 608 r. papież Bonifacy IV, rzymską świątynie pogańską, ku czci zwłaszcza nieznanych bóstw (Panteon), poświęcił Matce Bożej i świętym męczennikom. W VIII w. papież Grzegorz III w kościele św. Piotra otworzył kaplicę poświęconą Wszystkim Świętym, nie tylko męczennikom. W Anglii pojawiło się święto Wszystkich Świętych w połowie VIII w. obchodzone 1 listopada. Święto poprzedzone było wigilią, a od XV w. otrzymało także oktawę. Reforma z 1955 r. usunęła wigilię i oktawę. Natomiast papież Jan XI w 935 r. ustanowił osobne święto ku czci Wszystkich Świętych, wyznaczając je na dzień 1 listopada. Tak więc uroczystość Wszystkich Świętych ma już ponad tysiącletnią tradycję i przypomina nam przede wszystkim tych Świętych Pańskich "z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków" (por. Ap 7, 9), którzy nie mają swoich osobnych wspomnień w roku liturgicznym. W ciągu wieków Kościół ubogacił kult świętych. Stawiał im posągi, malował ich obrazy, budował ku ich czci świątynie (np. kościół Sióstr Benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych w Drohiczynie) i ołtarze, ułożył szereg modlitw i pieśni religijnych ku ich czci, jak też ułożył teksty liturgiczne do Mszy św. i kapłańskich pacierzy - Liturgii Godzin.

Kult Świętych pomnaża cześć Pana Boga. Świętych Pańskich czcimy ze względu na Pana Boga, którego oni "reprezentują". Tak więc nie bezpośrednio, lecz pośrednio przez nich kierujemy kult ku Panu Bogu. Kościół oddaje cześć świętym w różnym stopniu. I tak na pierwszym miejscu stawia Najświętszą Maryję Pannę, następnie świętych: Józefa i Jana Chrzciciela, dalej Apostołów, wśród których Święci Piotr i Paweł mają uprzywilejowane miejsce. Najwięcej jest świętych lokalnych, którzy odbierają szczególną cześć: w zakonie, w narodzie, w państwie czy w diecezji, gdzie się wsławili męczeństwem za wiarę lub niezwykłą cnotą.

Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych

Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych Kościół obchodzi 2 listopada i w tradycji polskiej dzień ten jest nazywany Dniem Zadusznym lub inaczej "zaduszkami". To wspomnienie wprowadził opat benedyktynów w Cluny we Francji, św. Odilon (Odylon). On to w 998 r. zarządził modlitwy za dusze wszystkich zmarłych w dniu 2 listopada. Termin ten i sama idea szybko rozprzestrzeniły się we Francji, Anglii, Niemczech, Italii. W XIII w. zwyczaj ten w Kościele rzymskim stał się powszechny.

W XV w. wytworzył się u dominikanów w Wanencji zwyczaj ofiarowania w dniu 2 listopada trzech Mszy św. przez jednego kapłana. Papież Benedykt XIV w 1748 r. rozszerzył ten zwyczaj na całą Hiszpanię. W 1915 r., podczas I wojny światowej, papież Benedykt XV na prośbę opata - prymasa benedyktynów pozwolił kapłanom całego Kościoła odprawić w tym dniu trzy Msze św. Jedną w intencji przyjętej od wiernych, drugą w intencji wszystkich wiernych zmarłych, a trzecią w intencji papieża. Zwyczaj ten nie jest traktowany jako obowiązek.

Kościół w tym dniu wspomina zmarłych pokutujących za grzechy w czyśćcu. Chodzi więc o których nie mogą wejść do nieba, gdyż mają pewne długi do spłacenia Bożej sprawiedliwości. Prawdę o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił jako dogmat na soborze w Lyonie w 1274 r. i na XXV sesji Soboru Trydenckiego (1545-1563), w osobnym dekrecie o czyśćcu. Sobór Trydencki orzekł prawdę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać. Cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym, zanosząc
w tym dniu prośby przed tron Boży. Aby przyjść z pomocą zmarłym pokutującym w czyśćcu, żyjący mogą w tych dniach uzyskać i ofiarować odpusty zupełne.

Nabożeństwo do dusz czyśćcowych było i jest bardzo żywe. Świadczą o tym uroczyście urządzane pogrzeby, często zamawiane Msze św. w intencji zmarłych, w Kościele rzymskim powszechne są Msze św. gregoriańskie (30 Mszy św. po kolei przez 30 dni). W Polsce istnieje nawet zgromadzenie Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych, założone przez błogosławionego o. Honorata Koźmińskiego - kapucyna.

piątek, 31 maja 2024

Życie duchowe – co jest najważniejsze? Tak naprawdę liczą się tylko te 3 rzeczy


Życie duchowe (wewnętrzne) człowieka kręci się tak naprawdę wokół trzech podstawowych kwestii. One są najważniejsze, a wszystko pozostałe to tylko dodatki. Czasem przyjemne, czasem bolesne – ale to tylko dodatki.

Praktyka duchowa to coś wspaniałego. Właściwie prowadzona, staje się źródłem spokoju i szczęścia. Pozwala uwolnić się od wielu problemów dnia codziennego. Daje szansę na zrozumienie natury naszej rzeczywistości. Najważniejsze jednak jest to, że umożliwia nam doświadczenie pełni życia.

Życie duchowe – definicja

Życie duchowe obejmuje wszystko, co dzieje się w naszej psychice. Chodzi więc o emocje, intelekt oraz wszystko to, co dotyczy wierzeń, przekonań, zbierania i analizowania informacji czy poszukiwania sensu życia.

Myślę, że w tym ujęciu nie powinniśmy nawet wykluczać spraw czysto fizycznych, ponieważ one również wpływają na życie wewnętrzne. Stan zdrowia, wygląd, relacje międzyludzkie czy sytuacja majątkowa – to wszystko także odbija się na stylu duchowego życia.

W wielu grupach społecznych mianem życia duchowego określa się aktywność religijną, ale moim zdaniem nie jest to właściwe podejście. Jest ono zbyt ograniczające i ma charakter wykluczający. Kapłani wielu wyznań uważają, dla przykładu, że osoby niepraktykujące "ich" religii nie prowadzą życia duchowego.

Oczywiście nie jest to prawdą. Wszyscy ludzie – nawet ateiści – to istoty duchowe. Próba zaprzeczania temu faktowi to bardzo krzywdzący błąd.

Życie duchowe polega w dużej mierze na postępowaniu w zgodzie z własną naturą. Może obejmować praktyki religijne, ale nie musi. Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę z tego, że wszyscy jesteśmy poszukiwaczami.

Pragniemy znaleźć odpowiedzi na wiele istotnych pytań i jedynym na to sposobem wydaje się właśnie duchowe życie. Przynajmniej jak dotąd nie wynaleziono lepszej metody.

Co jest najważniejsze w życiu duchowym?

W życiu duchowym tak naprawdę liczą się tylko 3 rzeczy – skup się na nich, a wszystko będzie w porządku. Nie będzie trzeba się niczego bać, przed niczym uciekać czy martwić się niepowodzeniami.

Być może cię to zaskoczy, ale to właśnie te trzy rzeczy mają największe znaczenie w praktyce duchowej. Wszystko inne to tylko dodatek. Jeśli uczono cię czegoś innego, nie denerwuj się. Otwórz umysł, a potem zastanów się nad poniższymi kwestiami bardzo uważnie.

Nie musisz mi wierzyć na słowo. Mam nadzieję, że samodzielnie przemyślisz to, co napisałem poniżej, i wyciągniesz własne wnioski. Wszak o to właśnie chodzi w życiu duchowym, nieprawdaż?

Po pierwsze: ty

W wielu religiach i systemach filozoficznych błędnie zakłada się, że najważniejszy jest Bóg, zbawienie albo jakaś forma oświecenia. Kapłani i guru przekonują, że musimy się uczyć i poświęcać, by móc w końcu uwolnić się z tego świata.

Podobno naszym zadaniem jest powrót do duchowej jedności z Bogiem. To właśnie On ma być najważniejszy. Jemu mamy służyć i kłaniać się przy każdej okazji. Do Niego mamy modlić się o łaskę, przebaczenie oraz mądrość i siłę.

Bardzo często spotykam się z takim podejściem. Problem w tym, że stawianie na pierwszym miejscu jakiegokolwiek bóstwa, zazwyczaj prowadzi do cierpienia i duchowej patologii. Człowiek, który oddaje cześć bóstwu, prędzej czy później traci z oczu to, co jest najważniejsze w duchowości.

Nie widzi, że przecież tutaj chodzi o niego samego. O jego szczęście, spełnienie, życie. Nie o tymczasową egzystencję pełną cierpienia i poświęcenia dla jakiegoś wyimaginowanego wyższego celu.

Praktyka duchowa ma otwierać nas na życie i doświadczanie tego wszystkiego, co możemy znaleźć we wszechświecie. Właśnie dlatego w praktyce duchowej najważniejszy jesteś ty.

Tak, powtórzę to: ty jesteś najważniejszy / najważniejsza.

Skup się na tym, co jest dla ciebie najlepsze (oczywiście nie kosztem innych – to podstawowa zasada). Ucz się rozumieć. Staraj się cieszyć życiem, nawet jego drobnymi cząstkami.

Po drugie: tutaj

Kolejnym błędem popełnianym przez większość religii jest przekonanie, że najważniejszy jest jakiś inny, rzekomo "wyższy", świat. Raj, do którego powinniśmy dążyć.

Kapłani i wszelkiej maści guru przekonują nas, że ten świat jest zły; że jesteśmy tutaj tylko na chwilę; że to tylko przystanek. Malują przed nami obraz wspaniałego miejsca, do którego dostaniemy się, jeśli tylko podążymy właściwą ścieżką. Na pewno zgadniesz – to jest ścieżka wykreowana przez tychże właśnie samozwańczych mistrzów duchowych.

Oni nic nie wiedzą. Wierzą w magiczne światy, gdzie wszyscy będą szczęśliwi przez całą wieczność. Ale to są tylko puste sny. Prawdziwy świat jest właśnie tutaj. Nie jest idealny, ale za to dokładnie taki, jaki powinien być. Ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami stanowi najlepszą z możliwych rzeczywistości. Nie ma żadnego miejsca, które mogłoby być od niego lepsze – bardziej odpowiednie do życia.

Raj czy też stan nirwany to marzenie zaślepionego umysłu. Jest złudzeniem, do którego dążymy, ponieważ nie potrafimy zrozumieć i zaakceptować natury rzeczywistości.

Po trzecie: teraz

Bardzo często myślimy o przyszłości – na przykład o życiu po śmierci. Poświęcamy całe życie na to, by w zaświatach otrzymać nagrodę. Wierzymy w zbawienie lub oświecenie – takie czy inne połączenie z absolutem.

Wszystko to ma się wydarzyć w przyszłości.

Warunkiem jest oczywiście wytrwała praca i wypełnianie religijnych rytuałów, by zasłużyć na to wspaniałe duchowe trofeum.

I ponownie: kapłani i guru dają nam listę zadań do wykonania. Często każą nam robić bezsensowne rzeczy, uczą religijnych praktyk, które zazwyczaj nie mają pozytywnego wpływu na osobisty rozwój duchowy. Zamiast pomagać, zaślepiają i utrudniają prawdziwą pracę nad sobą.

Tymczasem praktyka duchowa prowadzi do prostego wniosku: najważniejsza jest chwila obecna. Tak naprawdę zresztą tylko ona istnieje. Zarówno przyszłość, jak i przeszłość to iluzja wytworzona w naszych umysłach.

Ten świat jest tak skonstruowany, że sprawia wrażenie linearnego. Wspominamy więc przeszłość i rozmyślamy o przyszłości. Ale to dzieje się przecież tylko w naszych umysłach.

Jeśli chcesz praktykować prawdziwą, uniwersalną duchowość, przestań koncentrować swoją uwagę na rzeczach "znajdujących się" poza teraźniejszością. Tylko w ten sposób możesz dokonać jakichkolwiek postępów.

Podsumowanie dotyczące życia duchowego

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu Czytelników będzie zbulwersowanych powyższymi informacjami. Od najmłodszych lat są pojeni opowieściami o lepszym świecie, do którego pójdą po śmierci. W dodatku często słyszą, że najważniejszy jest Bóg, kościół czy jakiś guru – a oni sami są tylko (grzesznym) pyłkiem we wszechświecie.

Z tego typu poglądami można się często spotkać u osób, które uważają się za uduchowione. Dziwnym trafem zazwyczaj chodzi o ludzi związanych z jakąś instytucją religijną, grupą lub sektą – wszystkie one są nastawione na sprawowanie kontroli nad swoimi zwolennikami.

A przecież w życiu duchowym nie chodzi o to, by kogokolwiek zniewalać czy uzależniać od... idei, wierzenia, autorytetu etc.

Wiem, że dla wielu to jest szokujące – dla mnie też było, kiedy zacząłem dochodzić do prawdy.

To budzi sprzeciw – też go czułem przed laty. Doświadczyłem także strachu, zwątpienia, smutku i wielu innych silnych emocji. Buntowałem się. W końcu jednak zrozumiałem i zaakceptowałem to wszystko.

I nagle moje życie duchowe nabrało niesamowitej wyrazistości. Uwolniłem się z łańcuchów narzuconych mi przez innych ludzi.

Jeśli ty także pragniesz prawdziwej wolności, musisz nauczyć się, czym jest życie duchowe i co się w nim naprawdę liczy. A potem... to już wyłącznie twoja ścieżka...

 


https://przewodnikduchowy.pl/a/w-duchowosci-licza-sie.php


 


piątek, 6 maja 2022

O przypadkach słów kilka.


Przypadek czy działanie Boga?

«Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości.

To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.
To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. 
Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.

Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.

Nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli 
i owoc przynosili, i by owocwasz trwał – aby Ojciec dał wam wszystko, o cokolwiek Go poprosicie w imię  moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali». (J 15, 9-17)

Modlitwa przygotowawcza: prosić Pana, Boga naszego, aby wszystkie moje pragnienia, decyzje i czyny były w sposób czysty skierowane ku Jego chwale.
Zaangażowanie wyobraźni: wyobraź sobie Jezusa w wieczerniku z najbliższymi Mu osobami.
Prośba do tej medytacji: prosić o umiejętność korzystania z tego, co Jezus nam dał, zostawił.


1.Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem.
Jezus, świadomy tego co się zbliża, stara się przekazać Swoim wybranym to, co najważniejsze. Może już nawet nie przekaże, ale utrwali. Może liczy na to, że jeśli nawet teraz tego jeszcze nie zrozumieją, 
to zreflektują nad tymi prawdami później?

A co Jezus mówi? Najprościej, chodzi o to, że mamy dostęp do tego, co się dzieje w Bogu. 
Że Jezus zaprasza nas do doświadczenia tego, czym żyje Trójca Święta.
Czy to, w ogóle, mieści mi się w głowie? Czy rozumiem doniosłość tego, do czego została mi pokazana droga? Żyć Boskim życiem. Żyć tym, co jest udziałem Boga.
Spróbuj zrozumieć niepojęte. Przyjrzyj się temu, co się w Tobie dzieje, kiedy próbujesz zrozumieć istotę tej Prawdy.


2. Wy jesteście przyjaciółmi moimi …
Kolejna „niespodzianka” – Mistrz, Nauczyciel, Pan, Bóg przyznaje się do przyjaźni ze mną – nieporadnym uczniem, sługom nieużytecznym, lichym stworzeniem …

Mam Przyjaciela/Przyjaciółkę? Ilu ich jest? Jak się z Nim/Nimi czuję?
Miałem Przyjaciela/Przyjaciółkę? Nie spotkałem jeszcze, co straciłem?
Kim jest dla mnie PRZYJACIEL?
Bez zrozumienia tego nie zrozumiem co, tym razem, ofiaruje mi Chrystus.


3.Ja was wybrałem …
Jezus mówi do Swoich uczniów, że nie są przy Nim przypadkowo. Nie działał, i nigdy nie działa, przypadek, jakieś fatum, przeznaczenie czy inne czary–mary.

Bóg wybiera, decyduje, przeznacza.
DLACZEGO Bóg mnie wybrał, to jednocześnie pytanie DO CZEGO, po co?
Ale pierwotne jest, ŻE WYBRAŁ.
Mam tego świadomość? Że nie jestem tu przypadkiem? Że nie trafiłem w to miejsce i czas przez pomyłkę? Przypadek?

Rozmowa końcowa: Porozmawiaj z Jezusem o pragnieniach, jakie zrodziły się w Tobie podczas modlitwy.
Na zakończenie odmów: Ojcze nasz.

Punkta przygotował: O. Bartosz Kornatowski SJ


Bóg ma plan na nasze życie. Nic w naszym życiu nie zdarza się przez tzw. przypadek. Wszystko zdarza się dla określonego celu. Ludzie których spotykamy są aby nam pomóc albo zaszkodzić wszystko zależy od naszego postępowania i od tego w jaki sposób odbieramy sytuacje, które zdarzają się w naszym życiu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Słowa z Apokalipsy św. Jana " Znam twoje czyny ..."

Słowa z Apokalipsy św. Jana  " Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość i to, że złych  nie możesz znieść, i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są,
i żeś ich znalazł kłamcami"

Według mnie te słowa mówią o ludziach, którzy swoim życiem mimo różnorodnych sytuacji życiowych, bólu i cierpienia, które towarzyszy każdemu z nas świadczą o Chrystusie, i pragną za nim podążać każdego dnia. Przeszkody są to momenty, które nie przez przypadek przychodzą do naszego życiu. Dzięki nim możemy odnaleźć pełnię szczęścia, jaka płynie od Boga. One umacniają nas w wierze np., poprzez ludzi spotykanych na drodze życia, czasami są to osoby, które uważają, że ich życie jest bez sensu, bo im się wszystko sypie innym razem są to ludzie, którzy nie wierzą w Boga, ponieważ nie doświadczyli Jego miłość, gdyż nie umieją się w pełni otworzyć na Jego miłość.

Modlitwa jako spotkanie z Bogiem


Modlitwa jest spotkaniem z Bogiem. Dlaczego tak wielu ludzi nie wierzy dziś w Boga 
i tak mało się modli?

Człowiek współczesny jest pozornie niewrażliwy na Boga, pozostaje w sprzeczności, 
a to wszystko z tej racji, że "przegapił" decydujące spotkanie z Bogiem, które trzeba mu znowu umożliwić. Przy tym człowiek ostatecznie nie powinien by nic innego czynić, jak tylko zasłonić ręką swoje usta i zamilknąć przed Bogiem. W ten sposób poszukujący dojdzie do poznania, że znowu chciałby wierzyć, że chciałby powtórzyć doświadczenie wiary. Spotka Człowieka wierzącego, który jest nosicielem Chrystusa i Boga. Taki kontakt to dla niewierzącego most prowadzący do wiary.

Można powiedzieć, że wszystko i wszyscy w jakiś sposób jednoczą się z Bogiem, nawet nie wiedząc o tym, gdyż Bóg jako Pan całego stworzenia wszędzie jest obecny i wszystko zmierza ku Niemu. Człowiek niewierzący również jest otoczony łaską, bo Bóg chce, aby wszyscy ludzie dostąpili zbawienia. To wszystko jednak nie narusza wolności człowieka, 
a właściwie oznacza dla niego: winienem teraz uwierzyć.

W miesięczniku Nasza Rodzina znalazłem cykl modlitw pt. "Modlitwy tych, którzy się nie modlą". Nonsens? Sprzeczność? Nie, nie ma człowieka, który by w głębi swego serca się nie modlił: "Boże mój, jeśli istniejesz, miej litość nade mną". Mamy się modlić za tych, którzy się nie modlą, podobnie jak żołnierze walczą za tych, którzy nie walczą. Człowiek może wierzyć — to okazuje się nawet najrozsądniejsze z wszystkiego, co jest w stanie uczynić. On chce być wierzącym, jeżeli dobrze się przypatrzeć tęsknocie jego serca. 
On winien być wierzącym, jeżeli nie chce zatracić sensu swego istnienia. Prawdziwy chrześcijanin musi być na serio wierzącym i modlącym się, aby poprzez wiarygodność jego egzystencji mógł dojść do wiary człowiek niewierzący.


Kryzys


7 października 2013 · by Pustelnicy · in Prosto
Nie lubię tego słowa, zbyt często przez ostatni czas słyszę je w moim życiu. Znów mnie spotkał, tak bardzo nużący i zniechęcający, dekoncentrujący i oddalający. Oddala mnie od ludzi, bo wolę być sam, ale ta samotność jest częścią mechanizmu, która powoduje kolejny grzech. Grzech -> brak cierpliwości – > złość -> i znów grzech, który rodzi jeszcze większy niepokój. 
Są czasami takie dni, kiedy staję się lewą nogą, tyle że dzień, dni, nie cały tydzień, a nawet dwa. Powiadają nie ma skutku bez przyczyny, gdzie tkwi przyczyna? Najgorsze, że przyczyny można szukać wszędzie, w szkole, pracy, życiu rodzinnym. To jest jak rak, który niszczy cały organizm, szuka się go badając całe ciało – podczas gdy on powoli je niszczy, uśmierca. Gdzie jest mój rak? Na pewno nie poziomie cielesnym, nawet nie psychologicznym, ale duchowym. 
Tyle że ta duchowość sięga tak daleko, dalej niż uczuciowość, wymiar fizyczny.
Nikt mnie nie rozumie, to podstawowy problem, nawet najlepszy przyjaciel nie może się wczuć w moją sytuację, bo nie ma takich słów, które co do joty wyrażają uczucia. Potrzeba walki 
z młodzieńczymi egzaltacjami, walki samym z sobą to cel, któremu nie mogłem stawić czoła. Siedząc, zatopiony myślami, tym co będzie jutro, co przyniesie najbliższy tydzień, już nawet zapominając o pokusach, przeglądając znudzenie facebooka trafiłem na zdjęcie. Spojrzałem się w oczy tych ludzi, którzy tam byli, byłem też ja – poczułem się jakby uderzył we mnie piorun, przez pewien czas miałem wrażenie, że wszystko zniknęło, byłem tylko ja i to zdjęcie. Przeniosła mnie ta sytuacja w ten okres, kiedy to się działo (wydarzenie na zdjęciu), do moich oczu napływały łzy. Przyszła niesamowita potrzeba modlitwy, która przez ostatni czas była dla mnie pusta, mówię tutaj o koronce do Bożego Miłosierdzia. Zacząłem, ale nie skończyłem. Patrzyłem się siedząc na podłodze, mając na kolanach laptopa na wiszące naprzeciwko mnie obrazy; Jezusa i Maryi. W pierwszej kolejności na Jezusa, który utkwił wzrok na mnie, wskazując palcem na swoje miłosierne serce, a potem na Maryję, która swym zatroskanym wzrokiem jakby chciała powiedzieć – wróć, wróć do Boga. Zostałem sam. Wtedy otrząsnąłem się, znów wróciły pokusy, ale ja zabrałem, kartkę i robiłem rachunek sumienia. 30 minut do Mszy, czas start – iść czy nie iść? Chciałem zadaną mi pokutę odprawić, prosta modlitwa – czynniki zewnętrzne, zaczęły mi przeszkadzać, ale nie dałem w sobie wzbudzić większego gniewu.
15 minut do Mszy, a ja klękam 10 metrów przed Tabernakulum kłaniając się Panu. Kieruję się w prawą, boczną nawę kościoła, gdzie z radością patrzę na kolejkę, która jest przed konfesjonałem. Staję na końcu, wpatruję się w pięknie odnowione obrazy Drogi Krzyżowej. Jezu, Ty to zrobiłeś, aby mnie odkupić, przez mój grzech – tak pomyślałem sobie, patrząc na obraz stacji XII, gdzie Chrystus wisi na krzyżu, pełen miłości do Ojca i każdego człowieka. Cóż, potem kieruję swój wzrok na konfesjonał, matka ze swoim dzieckiem wyspowiadana, pora na mnie. Klękam spustoszały, pełen niepokoju i niepewności, wyznaję grzechy, wzbudziłem w sobie skruchę, moja dusza zaczęła się unosić. Ksiądz wspomniał o mechanizmie, on wiedział, że grzech jest przyczyną mojego niepokoju i niecierpliwości, a to powoduje kolejny grzech, bo człowiek się zamyka w sobie, niszczy relację z drugim człowiekiem. Wspomniał, bym prosił Ducha Świętego o pokój, tak często o nim mówię, tak często Go proszę, aby przy był i działa we mnie – ale o pokój proszę Go rzadko, nawet, teraz gdy go bardzo potrzebuję.
Mszę czas zacząć, jedno puste miejsce, trzeci rząd po prawej – siadam sobie i jeszcze przedtem wypełniam radę kapłana – modlę się o pokój. Poczułem się jeszcze gorzej, ręce zaczęły mi drżeć, musiałem się opanować, bo wstyd mi było, obok siedzieli ludzie. Nie rozmyślałem nad tym długo, czemu tak jest, nie miałem nawet sił, bo dręczyły mnie myśli – co będzie jutro? Zaczyna się pierwsze czytanie, jednym uchem wlatywało, drugim wylatywało. Pamiętam, że wróciłem do rzeczywistości słysząc jedno zdanie: Wołać będę ku Tobie: Krzywda (mi się dzieje)! – a Ty nie pomagasz? Mój wzrok znów utkwiłem na stacji Drogi Krzyżowej, wtedy zacisnąłem pięści, zacząłem wołać: Panie Jezu, czemu to czynisz! Ja już nie mam sił, ratuj mnie, uwolnij mnie od tego, zmartwychwstałeś i masz moc to uczynić, ratuj mnie! Ja chcę być wolny, rozumiesz Panie, pragnę być wolny! Następnie odwróciłem się głową do głównego ołtarza, krzycząc wewnątrz: Maryjo, proszę choć Ciebie, jeśli Twój Syn mnie nie rozumie, módl się za mną! Pierwsze czytanie się skończyło, potem wiadomo, słowa psalmu, zaczyna się czytanie drugie: Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie… Znów uderzył mnie piorun. Czułem się właśnie tak, jakby ognisko we mnie zgasło, czułem się jak żebrak , który szuka małej iskry do wskrzeszenia charyzmatu, radości z bycia dzieckiem Bożym. Pomyślałem sobie wtedy, że Ewangelia to już w ogóle będzie ukojeniem, czekałem z niesamowitym zaparciem się siebie i skupieniem na Słowa Ewangelii. Ksiądz wypowiada słowa: Słowa Ewangelii wg świętego Łukasza: Apostołowie prosili Pana: Przymnóż nam wiary… Nad tym najbardziej zacząłem medytować. Właśnie tego potrzebowałem:
1.      Z pierwszego czytania – moja modlitwa, to ona była owocem takiej prawdziwej, dawno niepraktykowanej przeze mnie modlitwy, wykrzyczenia tego, co mam w sercu. Myślałem sobie, że to może nie właściwe, ale przypomniały mi się słowa ks. Pawlukiewicza, który mówi, że Pan Bóg czeka na taką szczerą modlitwę, która czasami wygląda jak litania skarg!
2.     Z drugiego czytania – powstanie, obudzenie się z tej duchowej melancholii, pustki, powstanie i otrzepanie się ze sterty kurzu, grzechu, który jest źródłem wszelkiego nieszczęścia.
3.     Z Ewangelii – tchnienie życia, wiara to całe moje życie, prosiłem Jezusa, by znów powrócił mi wiarę w Jego moc!
Ta część Mszy wcale nie przyniosła mi ukojenia i spokoju, jeszcze więcej pytań, ale skupiła mnie na Bogu. Wiara to nie tylko chwila, wiara dotyczy wzrastania, owszem – jeśli pragniesz cudu musisz mieć wiarę tu i teraz – nie nadzieję, że to, o co prosisz kiedyś będzie, Bóg to spełni – ale, że już to spełnił! To jest wiara, której mi brakowało, ale musi ona być także wzrastaniem i trwaniem w sakramentach. Właśnie, sakramentach. To wróćmy do sedna. Kiedy ksiądz skończył czytać list KEP, odmówiliśmy credo, przekazaliśmy sobie znak pokoju… Czas więc na Eucharystię. Idę sobie obojętnie, choć mam świadomość, że zaraz przyjmę do swoich ust Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, Boga i będę miał z Nim najbliższą możliwą na ziemi relację. Wracam, klękam i zaczynam się modlić… O krwi Chrystusa, obmyj mnie, o chlebie Chrystusowy nakarm mnie, o wodo Chrystusowa napój mnie… Rozmawiam z Nim, odszedł ból głowy, serce zwolniło tempo, ręce przestały drżeć, czułem się jak ptak, 3 metry nad ziemią, oddałem Jemu wszystko, poprosił, abym został jeszcze po Mszy, bo chce mi coś powiedzieć. Ksiądz udzielił nam błogosławieństwa, klękam i zaczynam modlitwę, po chwili mówię, Panie Jezu, teraz Ty mów do mnie, ja będę słuchał. Powiedział, abym strzegł tego, co On przygotował. Nie chcę tutaj pisać, o co chodzi, bo to wie tylko On i ja.
To jedno zdanie było trafione. 
Zrozumiałem, że to On jest najlepszym Przyjacielem, że zawsze mnie rozumie, choć ja się odwróciłem, wyparłem się – On trwał! Jedno zdanie odmieniło moje nastawienie i patrzenie. Wróciły niektóre obrazy, kiedy wstaję spod gruzów, otrzepuje się i… więcej nie chcę mówić. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie lekko. Tak samo, jak zdaję sobie sprawę, że Jezus jest moim najlepszym Przyjacielem, choć byłem tego świadomy wcześniej – to przez moje schematy, w jakich stawiałem Chrystusa nie mogłem tego doświadczyć.

Teraz proszę i Ciebie, stań przed Bogiem w prawdzie, taki – jaki jesteś naprawdę. Odrzuć lęk i strach, oddaj Mu swoje życie, nawet gdy nie wierzysz, że On może coś zmienić, nawet jeśli jesteś pełen goryczy i cierpienia, złości, bólu – powiedź do Niego, Panie Jezu, ratuj mnie, bo ginę! Możesz uważać to za fikcję, albo być pewnym swojej wiary, stawiać siebie jak bardzo wierzącego, albo pewnego swojej niewiary, ale podawaj Mu swą dłoń każdego dnia! Nawet w pustym geście, akcie strzelistym, to tak bardzo ważne. On ma wspaniałe rzeczy przygotowane dla wszystkich, którzy stojąc przed Nim pełni ufności, małości i oddania – jak dzieci…

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Dlaczego cierpię?

 Czy to, że doświadczamy cierpienia oznacza że Bóg mnie opuścił?

A może znudził się moim narzekaniem? Nic podobnego. Bóg nigdy się nami nie nudzi, nigdy się od nas nie odwraca, jest przy nas w każdej chwili naszego życia,  w każdej sekundzie walczy o nas.

    To dlaczego doświadczamy trudności, dlaczego cierpię? Dobre pytanie, ale odpowiedź na nie zna tylko Bóg. Może to kara za to co uczyniliśmy, albo czego nie uczyniliśmy. A może to co nam się przytrafia to wskazówka od Boga, że powinniśmy zmienić tok myślenia i wybrać inną drogę w życiu.
Bóg jest dawcą życia. Jest tym, który jeszcze przed naszym urodzeniem
wyznaczył nam drogę naszego ziemskiego życia. On wie najlepiej co jest dla nas najlepsze. My jednak czasami w to wątpimy i szukamy lepszej drogi, krótszej, łatwiejszej. Ale Jezus nie powiedział, że będzie łatwo i przyjemnie. Powiedział natomiast, że nasza droga będzie wąska, kręta, wyboista, że będziemy prześladowani w imię Jego.
Bóg nie daje nam większego krzyża niż taki który jestesmy zdolni znieść,
ponieść na swoich ramionach. My czasami mamy inny plan na nasze życie, chcemy aby on był lżejszy, wygodniejszy i czasami go skracamy. Tylko co zrobimy jeśli okaże się, że nasz krzyż jest za krótki aby spotkać się z Bogiem twarzą w twarz? Życia nie da się przewinąć jak scen w filmie. Nie da się pewnych rzeczy dopisać lub ich wymazać. Życie pisze nam różne scenariusze, ale na pewno w tym wszystkim jest wola Boża i Jego zamysł
Bóg nie chce nas skrzywdzić. Pragnie naszego dobra. Pragnie abyśmy byli
szczęśliwi. Nie lubi jednak patrzeć jak sami siebie krzywdzimy. Dlatego wyciąga do nas pomocną dłoń i czeka na naszą reakcję. Bóg nie chce sie narzucać. Dał nam przecież wolną wolę. Nasuwa się jednak pytanie czy dobrze z niej korzystamy?

niedziela, 29 lipca 2018

Rozpłakać się z wdzięczności – O radości doznanego przebaczenia

Gdy decydujemy o przyznaniu się do jakiejś niegodziwości, kłamstwa wobec bliskiej nam osoby, bardzo boimy się odrzucenia. Prośba o przebaczenie najczęściej mieszka w sercu ściśniętym przez lęk.
Wiemy, że przebaczenie nie zawsze jest czymś oczywistym i spontanicznym. Doświadczenie pokazuje, że niejednokrotnie ten drugi nie jest w stanie unieść wyznanej winy. Czuje się tak zraniony, że zatrzaskuje przed nami drzwi. Ukąszony odkryciem dramatycznej prawdy, nie potrafi okazać współczucia i poddaje się paraliżowi bólu i nienawiści. Z tego powodu niejednokrotnie się zdarza, że ludzie nie decydują się na taki krok. Żyją – niekiedy latami – w poczuciu winy, niosąc w samotności ów ciężar. Zdarza się również, że swoje samotne cierpienie uważają za należną im karę, a Boga postrzegają jako odwróconego plecami Wielkiego Obrażonego.
Poczucie winy
Ból z powodu popełnionego zła – dopóki przeżywam go w osamotnieniu – łatwo zamienia się w zabijające poczucie winy. „Ja, rozpacz i mój grzech, w ten sposób jest nas trzech”. Przebywanie sam na sam z własnym grzechem prowadzi do rozpaczy. Brak oddechu doświadczonego miłosierdzia skazuje na duszenie się smutkiem i poczuciem narastającej beznadziei. Pozornie bowiem jesteśmy sami z własną nędzą. Bardzo szybko naszym kompanem, w owym zamkniętym na przebaczenie świecie, staje się ten, którego Pismo nazywa „oskarżycielem” (Ap 12, 10). Z demoniczną rozkoszą stara się on powiększać poczucie winy, tak byśmy, broń Boże, nie rzucili się w ramiona Ojca.
Ile brutalnych epitetów, którymi obrzucamy własne serce, podpowiada nam właśnie diabeł – Kłamca! „Jestem beznadziejny, głupi, prymitywny, zły! Po tym, co zrobiłem, Bóg się mną brzydzi. Wszystko spaprałem, zawiodłem na całej linii. Zmarnowałem dary Boga, okazałem się niewdzięcznym zdrajcą!” Każde z tych oskarżeń to kolejny kamień, którym, jak Gerazeńczyk owładnięty przez Legion złych duchów, kaleczymy własne serce. Poczucie winy zamyka w mrocznym lochu, w głębokiej izolacji od życia. Zamyka w grobie, który z czasem zaczyna być naszym domem (Mk 5, 4n).
Rozpływam się we łzach
Bóg nie namawia nas do poczucia winy. Nie skazuje na samotne rozpamiętywanie popełnionego zła. On pragnie przyjąć nasze szczere przyznanie się do grzechu, słuchając wypłakanego w swoich ojcowskich ramionach. „Gdy był jeszcze daleko, ujrzał go Ojciec. Wybiegł naprzeciw, rzucił mu się na szyję i ucałował go” – czytamy w jednej z najbardziej przejmujących przypowieści Jezusa. Wewnątrz owego miłosiernego przygarnięcia, syn wypowiada swoje bolesne wyznanie. Natychmiast z łez jego żalu rozkwita wielka radość. Jej znakiem jest uczta! (Łk 15, 32)
Ks. Grzegorz Ryś, prowadząc kiedyś rekolekcje dla sióstr zakonnych, w połowie tych duchowych ćwiczeń oświadczył: „W związku z tym, że dziś jest dzień spowiedzi, wieczorem zawieszamy rekolekcyjne milczenie i urządzamy wspólne radosne spotkanie przy smacznej kolacji”. Przez część sióstr ta dosłowność odczytania Ewangelii została odebrana jako ekstrawagancja i przesada...
Kiedy zdarzy się, że moje wyznanie napotka na współczujące, otwarte, choć zarazem pełne bólu serce (Boga lub człowieka), wcześniejsze napięcie i lęk rozpływają się we łzach wdzięczności. Prawdziwa skrucha jest głębokim wzruszeniem przeżytym wewnątrz przygarniających mnie ramion tego, kto przebacza.
Głęboka skrucha to równoczesność smutnej świadomości mojego grzechu i wdzięczności, że są mi odpuszczone. Ilustrację tak pojętej skruchy znajdujemy w opisie wizyty Jezusa w domu Szymona faryzeusza.
Głęboka wdzięczność
„Kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to, faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: «Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą». Na to Jezus rzekł do niego: «Szymonie, mam ci coś powiedzieć». On rzekł: «Powiedz, Nauczycielu!». «Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?» Szymon odpowiedział: «Sądzę, że ten, któremu więcej darował». On mu rzekł: «Słusznie osądziłeś». I zaraz dodaje: «Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich” (Łk 7, 36–45).
Jezus interpretuje gesty kobiety jako wyraz wdzięczności, która wypełnia jej serce. Zanim ona weszła do domu Szymona, najpierw Pan wielkodusznie wkroczył w świat jej pogubienia i grzechu. Miłosierdzie jest zawsze skróceniem dystansu, przejściem ponad otchłanną przepaścią, którą „wykopują nasze grzechy” (Iz 59, 2). Bóg nigdy nie zwleka z wejściem, które dom żałoby zamienia w salę weselną. Przychodzi bowiem zwiastun Dobrej Nowiny o darowanym grzechu. Na oczach duchowego bankruta Chrystus niszczy „zapis dłużny starodawnej winy”, który dłużnika skazywałby na więzienie. Prorok Izajasz sławił „piękno stóp zwiastuna radosnej nowiny”. Kobieta, którą Pan nawiedził i wyzwolił, łzami oblewa te piękne stopy, całuje je, wyciera swoimi włosami, namaszcza drogim olejkiem. Tyle wdzięcznej miłości wylewa się z jej serca za darowany dług wyznanych win.
M. Ferrara pisząc cykl książek o wielkich pokutnikach chrześcijaństwa, zauważa, że „pierwszą oznaką pokuty jest promienna radość usposobienia. Prawdziwy pokutnik zawsze i w każdej sytuacji zachowuje radość i cierpliwość”. Postawa pokuty niekoniecznie musi się wiązać z prośbą o darowanie jakiś poważnych, moralnych przewinień. Duch pokuty może objawiać się w świadomości, że wciąż tak mało kocham drugiego człowieka i Boga. Jeden z księży, który miał asystować Janowi Pawłowi II podczas Mszy św., poszedł do sakramentu pojednania, aby wyznać jeden tylko grzech: fakt, że nie jest święty. Obecność papieża uświadomiła mu, jak bardzo Bóg może promieniować swoim pięknem przez otwarte na niego serce. I to odkrycie, połączone ze świadomością własnej letniości i nieprzejrzystości, skłoniło go do pokuty.
Moc przemiany
Pokuta jest ufnym oddawaniem się w mocne ramiona Boga, któremu grzesznik z góry dziękuje za przemianę, jakiej w nim dokonuje i będzie dokonywał. Ta ufna radość płynąca z bliskości Miłosiernego, jest wielkim źródłem siły w metamorfozie, którą Nowy Testament nazywa metanoia (przemianą mentalności, postaw, myślenia).
Celnik Zacheusz w obecności Pana, który „zatrzymał się w jego domu”, pełen radości deklaruje bardzo radykalne kroki. Równocześnie nazywa swoje draństwa i podejmuje zadośćuczynienie. Czuje się tak umocniony miłosierdziem, że podejmuje niezwykle wymagające decyzje: „Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie»”. (Łk 19, 8).
Od momentu objawień, które stały się udziałem św. siostry Faustyny, słowo „ufność” zostało zdecydowanie odniesione do Bożego Miłosierdzia. Oznacza to zachętę do wielu modlitewnych wyznań: „Ufam, że od razu darowujesz mi grzech, gdy żałuję. Ufam, że dasz mi siłę do oderwania się od zła. Ufam, że pomożesz mi naprawić szkody, jakie przyniósł mój grzech. Ufam, że doświadczenie doznanego miłosierdzia otworzy moje serce na tych, którzy mnie ranią”. Tu przypomina się przypowieść o nielitościwym dłużniku. Pokazuje ona sytuację człowieka, który nie potrafi głęboko ucieszyć się i oddychać duchem wdzięczności za otrzymane przebaczenie. Przeżywa zaledwie ulgę, że mu się upiekło. I z tego to powodu, gdy spotyka swojego dłużnika chwyta go za gardło i zaczyna dusić, krzycząc: „oddaj coś winien!” (Mt 18, 28). Znakiem prawdziwej skruchy staje się wielkoduszność w darowaniu win bliźniemu. Wdzięczny – z wdziękiem wybacza.

o. Wojciech Jędrzejewski OP

czwartek, 7 września 2017

Homoseksualizm, a nauka Kościoła


Homoseksualizm jest grzechem, wykroczeniem przeciwko Dekalogowi.

Boże prawo jest tak samo ważne jak prawo ustanowione przez człowieka. Dlatego nie jest ono w niczym gorsze.  Wiara w Boga powinna być wyrażana przez uczynki, a rodzić się przez słuchanie Boga i innych ludzi.

Bóg stworzył świat pragnął obdarzyć człowieka miłością. Stwarzając każde stworzenie wlewał w nie swą ogromną miłość dlatego wszystko co nas otacza ukazuje nam jak Bóg bardzo nas kocha skoro włożył w nasze ręce władze nad światem.

Po pierwsze Bóg nie stworzył 2 mężczyzn, bo w Jego zamyśle była kobieta i mężczyzna. 

Po drugie Bóg pragnął aby byli płodni i rozmnażali się, w przypadku partnerów tej samej płci to byłoby nie możliwe.

Kościół nigdy nie potępia człowieka lecz grzech, którego się dopuszcza. To ludzkie czyny są złe, a nie człowiek. 

Bóg nigdy nie odstępuje od człowieka zawsze przy nim jest bo go kocha. Nawet jeśli człowiek upada, odchodzi od Niego to On nigdy nie odwraca się od niego. Wręcz przeciwnie podnosi go z upadku o ile człowiek wyrazi chęć by Bóg mu pomógł.

Bóg akceptuje nasz wybór. Dał nam wolna wole, od nas zależy czy przyjmiemy Boga i jego zasady czy go odrzucimy. Bóg zawsze na nas czeka z otwartymi ramionami. Jak ojciec na swe zaginione dziecko.

poniedziałek, 4 września 2017

Wzrost, proces, przemiana



Św. Ignacy nie używał słowa „formacja”, mówił natomiast o „probacji”, czyli czasie próby. W tym kontekście jezuickie przygotowanie staje się bardziej wypróbowywaniem i zaprawianiem do służby niż formowaniem. W czasie długiego procesu probacji jesteśmy wypróbowywani przez Ewangelię.

Więcej Chrystusa
Duchowość ignacjańska odsyła zasadniczo do trzech kluczowych słów. Pierwsze z nich to wzrost, który wiąże się z magis („więcej”). Istnieje magis właściwe i magis rozumiane błędnie. To wypaczone można utożsamiać z hasłami typu: więcej mnie, więcej studiów, więcej tytułów, prestiżu
i siły, więcej współzawodnictwa i zazdrości. Magis prawdziwe natomiast to: więcej Chrystusa,
a mniej tego, co tylko moje. Paradoksalnie więc magis to umniejszanie się, które prowadzi
do większej pokory i do większej służby na wzór Chrystusa i dla Chrystusa. Takie nastawienie prowadzi do wzrostu.

Trzeba jednak w tym wzroście przygotować się na długotrwały proces. Proces to kolejne słowo odnoszące się do duchowości ignacjańskiej, o którym chcę tu powiedzieć. Całe życie jest procesem, podczas którego uczymy się wzrastać. Jest on długi i wymaga osoby towarzyszącej. Niezależnie od tego, jak bardzo się staramy, nie da się osiągnąć wszystkiego na początku drogi, w nowicjacie.
To tylko wstęp, który kształtuje właściwe podejście i wprowadza w proces uczenia się. Wzrastamy natomiast przez całe życie.

W nowicjacie, na początku drogi, winniśmy przede wszystkim uczyć się przejrzystości. Jeśli nowicjusz zamyka się na prowadzenie osoby towarzyszącej, szybko przestaje się rozwijać. Kiedy idziemy do lekarza, musimy mu powiedzieć, co nas boli, ponieważ tylko dzięki temu możliwa stanie się pomoc specjalisty. Kiedy jesteśmy szczerzy i przejrzyści, wzrastamy. Gdy zatrzymujemy wstydliwe rzeczy dla siebie, osoby towarzyszące nie mogą nam pomóc.

Trzecim słowem kluczowym w kontekście duchowości ignacjańskiej jest przemiana – transformacja. Można powiedzieć, że cała jezuicka duchowość dotyczy przemiany, jest jak Eucharystia. Jesteśmy jak kawałek chleba albo kielich wina, które zostają przemienione w Ciało i Krew. Również my zostajemy przemienieni w Chrystusa. On staje się zasadą naszego życia i ostatecznym jego celem.
To wielka tajemnica: Jezus stał się człowiekiem, by być blisko nas. Tylko patrząc na Chrystusa, wiemy, kim jesteśmy i co oznacza magis. A to z kolei daje nam szersze spojrzenie na inne kwestie. Chodzi więc o proces przemiany. Podobnie jest w pracy duszpasterskiej: pomagamy ludziom w ich wzroście i przemianie. W tym właśnie wyraża się jezuicki sposób postępowania, jezuickie podejście do życia i służby.

Czas próby
Św. Ignacy nie używał słowa „formacja”, mówił natomiast o „probacji”, czyli czasie próby. W tym kontekście jezuickie przygotowanie staje się bardziej wypróbowywaniem i zaprawianiem do służby niż formowaniem. W czasie długiego procesu probacji jesteśmy wypróbowywani przez Ewangelię. Oczywiście takie próbowanie jest częścią życia każdego chrześcijanina, ale jezuity w szczególności.
Już samo życie, otaczająca nas rzeczywistość jest testem. Kto przygotował – uformował naszych rodziców, dobrych chrześcijan i ludzi? Przygotowało ich życie, rzeczywistość dnia codziennego: bycie razem, wychowywanie dzieci, rezygnacja z siebie, by mogły dojrzewać ich pociechy. Być może czasem woleliby robić coś innego, ale musieli zostać w domu ze względu na chore dziecko.
Rzeczywistość – życie jest wielkim testem także dla jezuitów. Być może niektórzy chcieliby robić wiele różnych rzeczy, tymczasem przełożony mówi, że będą robić nie to, czego chcą, a coś, co w danej chwili jest bardziej potrzebne. I trzeba to przyjąć. To bardzo dobry test. Czasami jezuici mają trudności w byciu posłusznymi na przykład świeckim dyrektorom szkoły. Nie rozumieją, na czym polega test rzeczywistości. Przecież miliony ludzi na świecie są posłuszne swoim dyrektorom. Dlaczego my nie akceptujemy takiej rzeczywistości? Podobnie jak jesteśmy posłuszni zaleceniom lekarza, tak powinniśmy przestrzegać zaleceń profesjonalisty, z którym pracujemy.

Jako jezuici nie powinniśmy tworzyć własnej rzeczywistości poza światem zwykłych ludzi. Żyjemy pośród nich, a otaczające nas środowisko jest ważnym czynnikiem wzrostu i formacji. Codzienność niesie ze sobą trudności, które sprawiają, że nasza służba staje się prawdziwsza. Częścią tego testu bywają także nie najlepsi przełożeni. Są oni wyzwaniem dającym okazję do wzrostu w dojrzałości
i cierpliwości. To część testu na człowieczeństwo, zdrowy rozsądek, zdolność do ulepszania świata. Nie w każdej firmie ludzie mają dobrych szefów. Czasem mają bardzo złych przełożonych, ale żyją
z tym, bo muszą utrzymać swoją rodzinę.

Rzeczywistość może być doskonałym sprawdzianem świętości, a rodzina to najlepsza jej szkoła. Jestem przekonany, że od wielu świętych, dobrych rodziców, którzy całkowicie poświęcają się swoim dzieciom, by je wychować, moglibyśmy się wiele nauczyć. To prawdziwa szkoła świętości.
Każdego dnia budować wspólnotę
Pragnę podkreślić jeszcze rolę wspólnoty w duchowości ignacjańskiej i jezuickiej. Wspólnota to wielki wróg ewangelizowania zmierzającego w kierunku indywidualizmu. Na przykład niezwykle wspólnotowa jest tradycja i duchowość wschodnia, azjatycka. Składają się na nią między innymi: porozumienie, dialog, harmonia, tolerancja, otwartość na innych. Spędziłem w Azji prawie czterdzieści osiem lat, ale muszę przyznać, że nawet tam w Towarzystwie Jezusowym mamy
do czynienia z indywidualizmem. To duża pokusa.
Jezuici są wielkimi indywidualistami. Może dzieje się tak ze względu na chęć współzawodnictwa. Tyle że w takiej sytuacji mamy do czynienia z fałszywie rozumianym magis. Najważniejsze jest królestwo Boże. To, co dla niego robimy, nie jest drugorzędne, ale jeśli ktoś robi podobną rzecz, trzeba się z tego cieszyć, a nie konkurować z nim. Przybliżanie się królestwa Bożego nie jest moją osobistą zasługą. Dlatego uważam, że współzawodnictwo jest dużym zagrożeniem. Kiedy studiujemy, może pojawić się pokusa, by więcej czasu poświęcać nauce, zamiast modlitwie.
To prowadzi do rozproszenia. Bóg nie chce, byśmy byli najlepsi, ale pragnie naszej służby. Róbmy więc wszystko, co pomaga nam służyć. Królestwo Boże wzrasta przez wspólną pracę wielu ludzi. 

Dlatego wspólnota jest tak ważna.
Jezuici od czasów św. Ignacego uważają siebie przede wszystkim za przyjaciół w Panu. Jesteśmy grupą przyjaciół. Nie musisz lubić wszystkich braci, ważne, byś ich szanował, podziwiał i widział, że dobrze czynią. To wystarczy, by każdego dnia budować wspólnotę. Nierzadko prowadzi to właśnie do przyjaźni. Jednak nawet jeśli za kimś nie przepadamy, nie jest to powód, by przestać się angażować we wspólne dzieło. To raczej okazja do spojrzenia na tego człowieka w innym świetle, na nowo. On także został wybrany przez Boga jako Jego przyjaciel, a nasz współbrat czy współpracownik.

Na początku drogi ku przemianie ważne jest poznanie siebie. Nowicjat to czas próby. Zawsze będziemy próbowani przez rzeczywistość, to jednak pomoże nam w poznaniu samych siebie. Znając siebie i pozwalając innym, by nas poznali, możemy służyć ludziom. Mamy być tymi, którzy chcą pomagać, a nie poświęcają się dla kariery czy lepszego wynagrodzenia. Mamy być tymi, którzy pragną królestwa Bożego na ziemi. Powinniśmy dążyć do tego, by ludzie wzrastali w wierze i przez to byli bliżej Boga. Jak mówił św. Ignacy, winniśmy być ludźmi wielkich pragnień. Jednak mając je, nie możemy się wywyższać. Krótko mówiąc, winniśmy być skromnymi ludźmi z wielkimi pragnieniami.
Adolfo Nicolás SJ

czwartek, 11 lutego 2016

Dlaczego według ciebie warto czytać Pismo Święte podczas modlitwy?

Modlitwa jest jak oddychanie. Jest potrzebna w życiu każdego katolika. Tak jak człowiek potrzebuje powietrza do życia tak osoba wierząca potrzebuje modlitwy do życia Bogiem. Jezus jest drogą, prawdą i życiem jest potrzebny do naszego funkcjonowania. Modlitwa Pismem Świętym  pomaga poznawać Boga. Pismo Święte to list miłosny od Boga do nas. Medytację z Biblią nazywa się w oazie namiotem spotkania od sytuacji z księgi wyjścia, gdzie Mojżesz spotykał się sam na sam z Bogiem w namiocie poza miastem. W ciszy, z dala od problemów. W cichym miejscu pokoju z Biblią na rozmowie z Bogiem warto rozmawiać każdego dnia. wiem na swoim przykładzie że to wspaniałe rozwiązanie.

czwartek, 4 lutego 2016

Czym się wyróżnia chrześcijanin i jak spotkać Boga?


Chrześcijanin to ogólna nazwa. Pod pojęciem chrześcijanin można mówić o kościele rzymskokatolickim, prawosławnym i protestanckim. Zatem chrześcijanin powinien wyróżniać się systematyczną lekturą Biblii, uczęszczaniem do kościoła, przyjmowaniem Komunii, przestrzeganiem Bożych przykazań i głoszeniem wiary innym. Ale patrząc na dzisiejszy świat rozumienie pojęcia katolik jest inne. Zresztą przeżywanie wiary odbiega od norm jakie zostały nam dane przez Boga. dzisiejszy katolik skupia się na uczęszczaniu do kościoła a reszta jest mu obojętna. Nawet jeśli idzie do kościoła to wychodząc z niego potrafi dawać złe świadectwo.  Jednakże aby całkowicie nie skrytykować katolika trzeba wspomnieć o osobach które należą do wspólnot. Ich wiara zdecydowanie różni się od stereotypu katolika. Patrząc np. na rodziny z domowego kościoła można dostrzec żywą wiarę bowiem oni przez prace nad sobą, przez rekolekcje ubogacają swoje rodziny. Dzieci mogą poznawać Boga od najmłodszych lat. Ale nawet osoby ze wspólnot, które mogłoby się wydawać są mocno związane z Bogiem mają trudności, popełniają błędy. Nie są ideałami. Potrzebują Bożej pomocy jak wszyscy ludzie. Pojawia się zatem pytanie jak spotkać Boga? Bóg nie jest odległy, On jest blisko nas tylko musimy chcieć tego doświadczyć. Musimy otworzyć się na jego działanie. Musimy umiejscowić Go na tronie własnego życia. Rodziny które to zrobiły przeżywają swoje problemy w obliczu Bożej miłości. Dzięki więzi z Bogiem mogą łatwiej dostrzec problem i go rozwiązać, mogą też przekazywać z łatwością to jak Bóg czyni cuda w ich życiu. na zakończenie chciałabym was zaprosić abyście patrząc na dwa obrazy katolika wybrali ten właściwy, tzn ten którego fundamentem jest Chrystus, ten który widzi wszystko przez pryzmat Boga. Tylko z Bogiem osiągniemy prawdziwe szczęście. Bóg pytając się świętego Piotra o miłość ku niemu zniża się za 3 razem do jego poziomu pytając go czy mnie lubisz bowiem wie że jego wiara nie sięga poziomu oddania życia za Jezusa. Te podstawowe uczynki tzn modlitwa, chodzenie do kościoła, pomaganie innym to właśnie poziom św. Piotra, to tylko albo aż powiedzenie Jezusowi lubię cię.

środa, 3 lutego 2016

Piękna wiadomość

Bóg kocha cię odwieczną miłością. On ma dla twojego życia wspaniały plan. Zanim się narodziłeś On wiedział gdzie będziesz mieszkać, znał twoją rodzinę, wiedział wszystko o twojej przyszłości. Nie jest dla Niego obcy. Jesteśmy jego ukochanymi dziećmi. Każdy z nas jest wyjątkowy i drogi w oczach Bożych. Nawet gdyby ktoś o tobie zapomniał On cię nie opuści, nie zapomni o tobie. Bóg się nami nigdy nie znudzi. Każdy z nas jest słaby i grzeszny. Upadamy pod ciężarem krzyża. Błądzimy szukając właściwej ścieżki, szukając prawdziwej miłości. Pragniemy być szczęśliwi, ale często oddalamy się od Boga, wpadamy w sidła szatana. doznajemy śmierci duchowej. Dlatego Bóg okazując nam swą miłość posłał swego jedynego syna aby nas wykupić z otchłani zła. Jezus zgodził się oddać swoje życie za nas gdy byliśmy grzesznikami. Bóg okazał nam swoje wielkie miłosierdzie przez to że wziął na siebie nasze grzechy. Jednakże aby Bóg mógł królować zawsze w naszym życiu musimy go przyjąć jako naszego jedynego Pana i zbawiciela. Jezus przychodzi i puka do naszych serc. Cierpliwie czeka na naszą odpowiedz. Drzwi naszego serca możemy tylko my otworzyć. Jezus jest dżentelmenem i nie wchodzi do domu, którym jest nasze serce. Czy oddasz mu całe swoje życie? Czy uznasz Go za swojego osobistego pana i Zbawiciela.? Ta decyzja należny do ciebie. Jednakże bez pomocy Ducha Świętego nie możesz podjąć tak ważnej dla twego życia decyzji. Zaproś Jezusa do swego życia. Proś Ducha Świętego aby ci w tym pomógł. Aby móc rozwijać się, umacniać swoją wiarę i odważnie ją wyznawać potrzebna jest wspólnota. Ludzie którzy preferują podobne zasady jak twoje, ludzie którzy w razie kryzysu wary pomogą ci, podtrzymają cię.

sobota, 9 stycznia 2016

Po co mi wiara? Jaki to ma sens?

Już za czasów proroków wiara odgrywała wielkie znaczenie w życiu człowieka. Ludzie ufali Bogu, oddawali swe życie Jemu. Patrząc na Abrahama czy Mojżesza możemy uważać że byli głupcami bo wierzyli komuś kogo tak naprawdę nie widzieli, ale patrząc na to z perspektywy wiary można dojść do wniosku że byli tak głęboko zapatrzeni w Boga iż nie wyobrażali sobie aby mu się przeciwstawić. Abraham był zdolny poświęcić swego Jedynego syna tylko dlatego że bezgranicznie ufał Bogu. ale jak wiemy ze Starego Testamentu Bóg zatrzymał rękę swego wiernego sługi. Mojżesz zaś mimo ze wydawało mu się że jest zbyt słaby i sobie nie poradzi został obdarowany łaską ukazywania Bożych cudów. Bóg przez ręce Mojżesza chciał ukazać faraonowi iż tylko Bóg jest w stanie działać cuda i tylko On jest Panem i wybawicielem. Jak widać na załączonym "obrazku" u Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bóg daje nam wszystko co jest nam potrzebne, a od nas zależy jak to wykorzystamy. Wiara to nie fikcja literacka, którą możemy spotkać w książkach. Wiara to osobista relacja z Bogiem.
Jezus powiedział "Ja jestem drogą, prawdą i życiem" dlatego za każdym razem gdy podnosimy się z upadku On nie mówi nam idź precz, ale wyciąga do nas dłoń miłosierdzia. Miłosierdzia które leczy nawet najgłębszą ranę. nie mów, że to wszystko nie ma sensu. Bóg podał za swego jedynego syna aby cię uratować z ciemności zło, z grzechu. On, który widzi twoje niedoskonałości darował ci nowe życie. Bóg wysłał ci wiadomość, list miłosny, którym jest Biblia. Nie musi walczyć o ciebie, nie musi okazywać ci miłosierdzia, nic nie musi, ale robi to bo cię kocha. Czy zaprzepaścisz to wszystko, czy tez oddasz mu całe swoje życie? Decyzja jest w Twoich rękach

Szukaj na tym blogu

Wikipedia

Wyniki wyszukiwania

Popularne posty